Rozpoznanie bojem.

Wbrew pozorom targi gier to nie jest najlepsze miejsce do grania. Hale nadają się do kupowania i obserwacji. Co najwyżej można sobie pozwolić na szybką imprezówkę albo pojedynczą rundę obrazującą zasady w skrócie. Nie wyobrażam sobie usiąść w tym szumie do Arkwrighta. Do samego słuchania zasad byłyby potrzebne silne wspomagacze dla podniesienia koncentracji, nie wspominając o kilku godzinnej rozgrywce. Wieczorami w hotelach nie jest nic łatwiej. Człowiek niewyspany, nienajedzony do porządku, po całym dniu maszerowania w tłumie, nawet nie ma siły instrukcji przeczytać. Jeśli już się znajdzie ambitny to i tak w pierwszej grze zawsze się coś pominie, nierzadko są to kluczowe dla odbioru gry zasady.

Wyszedł z tego dość ciemny obraz targów, jednak nie powstał on w celu zniechęcenia do przyszłorocznego wyjazdu, a dla usprawiedliwienia moich poniższych opinii. Powstały one na podstawie pojedynczych, nie zawsze pełnych rozgrywek w niesprzyjających warunkach, na obcej ziemi. Dlatego fakty w nich opisywane mogą dalece odbiegać od rzeczywistości.

Lap dance – gra wzbudziła gorące dyskusje jeszcze na długo przed rozpoczęciem targów. Wszystkie dotyczyły kontrowersyjnego tematu oraz odważnych grafik, bo kwestia mechaniki owiana była tajemnicą. Zapewne było to zagranie nieprzypadkowe, bo w kwestiach mechanicznych za wiele ciekawych rozwiązań tutaj nie znajdziemy. Jest to prosta kościanka polegająca na zbieraniu zestawów symboli zgodnych z zachciankami naszych klientów. Liczbę dostępnych kości oraz ewentualne symbole i akcje specjalne (polegające na zabraniu kości/symboli rywalom) determinują zagrane przez nas na początku rundy karty. Tę fazę rozgrywamy jednocześnie i po niej następuje monotonna kulanie każdego z graczy. Zapewne kwestie finansowe zdecydowały o tym, że musimy czekać na swoją kolej, a nie wykonujemy tej fazy symultanicznie. Generalnie pięć nudnych rund wyglądających tak samo. Tyle dobrych gier kościanych na rynku, mogli coś zgapić i dopiero wtedy wkleić gołe obrazki.


Zamki szalonego króla Ludwika – myślę, że nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że Zamki są wariacją na temat Suburbi. Zazwyczaj w przypadku takich zapożyczeń z własnych projektów nowa gra jest wersją ulepszoną, pozbawioną wad poprzednika i rozwijającą jego najlepsze cechy. Z jednej strony Zamki mają zgrabny mechanizm przydzielania cen przez pierwszego gracza, co w elegancki sposób zwalcza losowy dociąg kafli. Z drugiej jednak nie ma toru Vp i dochodu, których optymalizacja i właściwy balans były sednem gry. Dodatkowo, hexową siatkę łatwiej się buduje niż takie wygibasy. Swoboda wynikająca z wielorakich kształtów jest tylko pozorna. Po dwóch grach ciężko stwierdzić czy jest to wersja 2.0. Gdybym miał do wyboru, to chyba wolałbym zagrać w budowanie z zeszłych targów.


Greed szybko, dynamicznie, osadzone w ciekawym klimacie. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że gramy w 7 Cudów z innym grafikami. Mimo wielu podobieństw decyzje w Greed wydają się mniej oczywiste. Jest trochę więcej opcji, z racji braku podziału na karty poszczególnych er jest też inny timing. Wielki plus za „fazy przygotowawcze”, draft draftem, ale warto czasem mieć pod ręką alternatywę, dającą szansę na reakcję na zagrania rywali. W grze jest sporo interakcji, więc warto czasem zerkać na to co budują przeciwnicy, bo bez kontroli ich poczynań ciężko o sensowny wynik. Można mieć obawy co do trwałości kart, bo egzemplarz pokazowy w sobotę wyglądał na poważnie zjechany. 


Colt Express – przed targami nic o tej grze nie słyszałem. Nawet nie załapała się na moją listę gier, na które w wolnej chwili można rzucić okiem. Tekturowy pociąg zrobił swoje – zachęcił mnie do rozegrania próbnej partii. Po rozgrywce demo decyzja była prosta – must have, co nie było takie proste, bo w piątek wersja angielska została wyprzedana. Jak się bliżej przyjrzeć to ciężko stwierdzić co w tej grze jest takiego że aż tak przyciąga. Ciężar rozgrywki niezbyt wysoki, gdzieś pomiędzy imprezówką, a grą rodzinną. Sprawne 5 rund polegających na programowaniu swoich poczynań, mających na celu zgarnięcie jak najwięcej gotówki z pociągu i uniemożliwienie tego przeciwnikom. Zmienny sposób zagrywania kart, różne karty/bonusy na koniec rundy, zdolności specjalne postaci oraz wariant zaawansowane mają szansę sprawić, że nie będzie to jedynie jednostrzałowiec.


Sixmaking – jak nie przepadam za grami logicznymi to muszę stwierdzić, że ta mnie urzekła. Zasady są tak proste i oczywiste, aż dziw że nikt wcześniej tego nie wymyślił. Gra polega na stworzeniu stosu składającego się z co najmniej 6 dysków. Wygrywa gracz, którego dysk będzie na szczycie takiej wieży. W zależności od liczby dysków w stosie, wieża ta porusza się w innych kierunkach, odpowiadających ruchom poszczególnych figur szachowych. Jeśli dodamy do tego fakt, że wieże są wspólne, a przy ruchu nie musimy przenosić całego stosu, a dowolną jego część to otrzymujemy maszynkę do wykręcania szarych komórek w najczystszej postaci. Na targach dodawany był dodatek dodający jeszcze więcej kolorytu rozgrywkom.


Orongo – to że jest to Knizia czuć jedynie w kompletnym braku powiązania mechaniki z tematem. Widocznie w Ravensburgerze zostało trochę figurek moai, wagon plastikowych muszelek, dla których Reiner miał spisać jakiekolwiek zasady żeby można to było wciskać ludziom za 30 ojro. Gra działa, momentami ma ciekawy przebłysk, ale nic więcej. Da się pograć, ale nie mam kompletnie pojęcia po co miałbym to robić. Nie wiem co autor miał na myśli, co chciał przekazać, ale ja tego nie kupuję. Doktor mógłby się zdecydować czy robi gry rodzinne czy abstrakcyjne gry logiczne, bo zawieszenie pomiędzy nikomu nie wychodzi na zdrowie.


Orleans – gra jest dokładnie tym co opisują reklamowe plakaty – grą w budowanie worka. Dla mnie zdecydowanie najlepszy gra z tych, w które dane mi było zagrać. Stara, dobra niemiecka szkoła eurosucharów. Zresztą już po planszy, zalatującej Hansą Teutonicą widać, że gra musi być dobra, bo graficznie w opinii ogółu trudno by się jej było obronić. Choć dla mnie w tej kwestii też jest bardzo dobrze, oszczędnie, pastelowo, przyjemnie dla oka. Prawie każda wykonywana przez nas akcja powoduje wrzucenie do naszego worka żetonu przedstawiciela danej kasty. Żetony te będą wykorzystywane w kolejnych rundach do obstawiania pól akcji, które przyniosą nam inne żetony itd. Dlatego też nie wystarczy jedynie skupiać się na akcjach, ale również na konsekwencji dobrania rzemieślnika, którzy z czasem zaczną nam zamulać worek ( jakkolwiek to nie brzmi ;)). Dla mnie rewelacja, coś świeżego w monotonnym ostatnimi czasy świecie eurosucharów.


 

Patchwork – Uwe pokazał, że jest w stanie zrobić grę bez żywienia i trzeba przyznać, że wyszło mu coś całkiem zgrabnego. Prosta łamigłówka przestrzenna, wymagająca od nas zarządzania dwoma zasobami – czasem i punktami zwycięstwa. Znane z Glen More bądź Tinner’s Trail operowanie dostępnym czasem zgrabnie się tutaj komponuje. Nie ma się co oszukiwać, że poczujemy się jak krawcy, temat jest jedynie pretekstem dla tworzenia tetrisowej układanki, ale dzięki niemu i miłej dla oka oprawie graficznej tytuł ma szansę stać się hitem w kategorii „do grania z ładniejszą połówką”. Warto mieć alternatywę dla zaginionych miast, przy której sami będziemy się dobrze bawić.


 

Historia – włosi postanowili ugryźć temat gier cywilizacyjnych od troszkę innej strony. W grze mamy mapę świata, mamy siłę i technikę sprowadzoną do prostej szachownicy, cuda, liderów, a wszystko to napędzane kartami akcji, których umiejętne używanie jest kluczem do sukcesu. Zarządzanie ręką z początku wydaje się prostym, nic nie wnoszącym rozwiązaniem, jednak z czasem dostrzega się możliwości i ograniczenia wynikające z tego rozwiązania. Do Nations i TTA Historii trochę brakuje, jednak jest to gra godna polecenia. Dla ludzi szukających czegoś krótszego w tym segmencie, ze świeżym podejściem Historia jest na pewno godna polecenia. Wraz z zestawem mini dodatków zapewni godziny dobrej rozrywki.


 

Empire engine – największym atutem EE jest to, że wydając na nią 7euro dostawało się mega wypasioną siatę wszelkiego przechowywania z logo AEG, która była obiektem westchnięń na essenowych halach.


PS. Na szczęście udało się przywieźć co nieco do rozgrywek w bardziej cywilizowanych warunkach. To co widać poniżej pójdzie w najbliższym czasie pod magiel i zapewne będę w stanie powiedzieć o tych tytułach znaczniej więcej niż tych parę luźnych zdań. Fields of Arle zaliczyło już pierwsze granie, jest moc już w fazie wyciskania żetonów. Oj będzie się grało tej jesieni !